Część  I

Dziś rozpoczynam rozważania na temat GŁODU KOBIECEJ DUSZY. Na podstawie bajki. Ostatnio mam fazę na baśnie, bajki, legendy, stare opowieści. Odkąd zorientowałam się, jak ogromna wiedza ukryta jest w baśniach, mitach i starych przekazach, zaczęłam się im mocno przyglądać, analizować ich przekazy. Są niebywałe.

Przez większość swojego życia lubiłam opierać się na tym, co oczywiste, przekazane wprost i logiczne. Zawsze lubiłam mieć oparcie w logice. Dosłowne, takie niedwuznaczne, konkretne przekazy bardzo ceniłam. 

Teraz wiem, że w takiej formie komunikacji jest bardzo mało treści. Treści ważne i cenne nie są komunikowane dosłownie i w sposób oczywisty i jasny. Dowodzi temu poezja, wszelaka sztuka, od malarstwa, poprzez metaforyczne pisarstwo, taniec, muzykę aż do na przykład przekazów, zachowań ludzi uważanych za innych, czasami „chorych psychicznie”. Tam jest największe bogactwo przekazu, wiedzy i prawdy. 

Na początek polecam zapoznanie się z bajką o czerwonych trzewiczkach, w wersji węgiersko-niemieckiej. 

Ciąg dalszy rozważań i analizy bajki nastąpi wkrótce. Śledźcie moją stronę, jeśli chcecie się przyłączyć  :-). 

Jeśli ktoś z Was chciałby się podzielić refleksją na temat bajki, zapraszam do opisania tego w komentarzu.

BAŚŃ CZERWONE TRZEWICZKI

Znana pod różnymi nazwami, min. Diabelskie pantofelki do tańca, Rozpalone diabelskie trzewiki.

Była raz sobie biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie – one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi bucikami.

Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalna parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące wkładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatrywali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach. 

– Nigdy, nigdy ich już nie wkładaj! – ostrzegła.

Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały. 

– Trzymajcie się dobrze w tańcu! – uśmiechnął się i mrugnął do niej.

W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona – były tak jasne jak maliny, jak owoce granatu – nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

– Jakie piękne balowe pantofelki!

Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok – przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

Niedługo potem opatrzność zrządziła , że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

– Oho – powiedział – jakie piękne balowe pantofelki.

Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła, bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

– Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, którzy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone trzewiki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczerpana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

Kacie, kacie, wyjdź – prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. – Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! – I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic niewarte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

Część II 

Zaryzykuję stwierdzenie, że każda kobieta, która żyje we współczesnej rzeczywistości ma syndrom wygłodzonej duszy. 

Dlaczego mamy ten syndrom? Z jakiego powodu nasza dusza wygłodniała? 

oKażda mała dziewczynka rodzi się z ogromnym potencjałem. Potencjałem i mocą kobiety Wiedźmy – tej, która Wie i która ma połączenie ze Źródłem. Jej dusza jest bogata, spełniona, piękna i radosna. Jest w Tu i Teraz. Odczuwa bez strachu ocenienia. Zachowuje się, tańczy i śpiewa z autentyczną radością i spontanicznością. Mówi, co czuje itp itd … aż do momentu, kiedy to po raz pierwszy zostaje skarcona za takie właśnie zachowanie. Potem kolejny i kolejny i kolejny. Masz być grzeczna. Zachowuj się należycie. Nie biegaj. Nie skacz. Nie śmiej się za głośno. Nie płacz. To nie wypada. Nie wychylaj się. Nie wychodź przed szereg. Bądź taka, jak inni. Taka, jak ówczesne stereotypy i normy wymagają….. I tak bez końca. Ładnie nazywa się to udomowieniem. Ja nazywam to tresurą. 

Powoduje to, że kobiety przestają czuć SIEBIE. Przestają być SOBĄ. Kontakt z Duszą jest coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu dusza odchodzi. Czasami bardzo daleko. Potem trudno ją odszukać i ponownie się z nią skontaktować. I zaczynają czuć głód. Głód duszy. 

Odebranie duszy kobiecie rodzi konsekwencje. Są to czasem bardzo mocne i trudne do zniesienia konsekwencje. Miota się taka kobieta złapana w sidła niewoli. Dziewczynce zabrano jej szyte ręcznie czerwone trzewiczki, a potem, zwykle już jako dorosła kobieta, znajduje piękne czerwone lakierki – niestety zdradliwe. I o tym w następnym poście.

Część III

Wciąż powracam i powracam do bajki Czerwone trzewiczki. Bardzo żywy temat we mnie. Wszak to co w nas żywe, co nas porusza, to aktualny temat doskonały do przerobienia w danej chwili. 

Teraz. 

Nie zwlekam więc. 

Przerabiam.

Głód kobiecej duszy to temat współczesnej kobiety – tak myślę, dlatego dzielę się nim z Wami Kobietami pastedGraphic.png<3.

Kobieta usiłuje ukryć głód, zachowuje pozory, często udaje, nie chce czuć swojego wewnętrznego ognia, który zamiast zasilać trawi wnętrzności.

Ogień spełnienia

Ogień życia 

Ogień jej MOCY i PRAWDY

Zgoda na to, co bezduszne, wypaczone i szkodliwe osłabia.

Odwaga i stanięcie w autentyczności i odczuwaniu PRAWDZIWEJ SIEBIE 

w połączeniu ze Źródłem i Miłością daje 

MOC 💖

„Stoję w kręgu 

w martwym mieście 

i zawiązuję czerwone trzewiczki… 

Nie są moje. 

To buty mojej matki. 

Wcześniej należały do jej matki. 

Przekazywane z rąk do rąk jak posąg, 

ale ukrywane jak wstydliwe listy. 

Dom i ulica skąd pochodzą 

są ukryte i wszystkie kobiety też 

są ukryte…”

Anne Sexton

Dzięki odkrywaniu SIEBIE, swoich pragnień docieram do Kobiety Mocy, do Kobiety Dzikiej, nieodgadnionej, nieprzeniknionej, nieustraszonej, ale też tej harmonijnej i pełnej coraz większego spokoju i ufności. 

Czuję, jak odzyskuję swoją ENERGIĘ, jak uwalniają się blokujące mnie „negatywne” energie płynące z rodu (czyli zatrzymane, nieprzeżyte i nieuwolnione emocje rodowe) i jednocześnie zasilają i wspierają te pozytywne energie rodowe.

W następnym odcinku opiszę niedawną sytuację, która mnie spotkała, a która pięknie obrazuje jak zapisuje się w pamięci komórkowej, obciąża nas i zatrzymuje „negatywna” energia rodowa. 

🌺Pozdrawiam Was, Małgosia