Tag: wygłodzona dusza kobiety

  • Związki poliamoryczne

    Związki poliamoryczne

    Ponieważ temat wielomiłości, komuny seksualnej, poliamorii, czy jak to zwał – nawet może orgii – kręci się wokół mnie od kilku tygodni, a dzisiaj dostałam dwa listy od kobiet w tej sprawie, uznałam więc, że temat jest wart rozpoznania i przedstawienia szerszemu gronu.

    Kiedyś bardzo dawno dawno temu, kiedy ludzie znali seks nr 2, czyli używali energii seksualnej do uzdrawiania, kreowania, stwarzania, powiększania energii miłości we wszechświecie, zwiększania poziomu wibracji “wielomiłość, orgie, poliamoria” – służyły wzrostowi wibracji i pozwalały na przykład przeprowadzać znaczące rytuały przejścia w inne światy, poza fizyczne formy życia, w inne gęstości, przestrzenie, transmigracje ciał itp. Ten rodzaj zbliżeń kobiet i mężczyzn nie miały jednak nic wspólnego z wymiarem seksualności jaką znamy i uprawiamy dzisiaj.

    Dzisiaj w większości seksualność sprowadza się do dwóch głównych form:
    1. napięcie – rozładowanie
    2. stymulacja – satysfakcja
    *** z podpięciem pod piramidę pożądań, byty energetyczne itp.
    *** choć często pod przykrywką “miłości” (kiedyś pisałam post na ten temat: weź zabierz seks ze związku i wtedy okaże się czy to jest prawdziwa miłość – zacznie się od subtelnych manipulacji, a może skończyć na bardziej wyrafinowanej prowokacji, obrażaniu, pogróżkach, udowodnij, że mnie kochasz czy w konsekwencji na rozstaniu i wtedy już wiadomo na czym stoi związek).

    W takim wymiarze seksualności wejście w komunę oznacza przeważnie duże obciążenia karmiczne, utratę zdrowia, zazdrość, obciążone potomstwo, no i w konsekwencji rozpad związków – często z dużym obciążeniem emocjonalno-psychicznym (negatywna telegonia – też był post o telegonii).

    Można prześledzić takie komuny i zobaczyć czy któraś z nich przetrwała dłużej niż 5 lat. Są wyjątki oczywiście, ale wówczas im mniejsza liczba dodatkowych osób ponad dwie, tym większa szansa na dłuższe przetrwanie.

    W poliamorii mówi się dużo o wolności, szacunku, zaufaniu, lojalności, równości. Moje odczucie jest takie, że są to piękne słowa i hasła służące rozgrzeszeniu siebie. Na poziomie podświadomym jest konflikt, więc świadomie trzeba dorobić coś, aby ten konflikt rozładować. Nie chcę oceniać tego zjawiska, bo wiem, że każde doświadczenie jest potrzebne i może niektórym nawet bardzo dla rozwoju duszy. Jesteśmy tutaj na ziemi, aby doświadczać i to jest najważniejsze zadanie i cel każdej istoty wcielonej na ziemi. Żeby doświadczyć czystości relacji, trzeba doświadczyć czegoś przeciwnego. Na tym polega dualność tego świata, rozwój i ewolucja. Nie ma też jednej dobrej odpowiedzi w żadnej sprawie dla wszystkich.

    Jeśli znajdziesz się w sytuacji kiedy musisz dokonać wyboru jak i z kim wymieniać energię seksualną, wejdź bardzo, ale to bardzo głęboko w siebie (w medytacji lub poproś o znaki od Rodu na jawie lub we śnie) i poszukaj PRAWDZIWYCH POBUDEK w sobie. Dlaczego? Czego chcę/potrzebuję doświadczyć? W którym kierunku mam iść? Co mi to da? Czego mam się nauczyć? itp.

    I ZDECYDUJ SAMA z całą ODPWOIEDZIALNOŚCIĄ za swoje czyny, myśli i uczucia/emocje.

    Pozdrawiam i życzę rozwoju duchowego, poszerzania świadomości w czystości relacji damsko-męskich, choćby droga do nich miałaby być zawiła, Gosia ❤

    Zapraszam do Szkoły Miłości Metamorphosis, gdzie poprzez gimnastykę słowiańską, tantrę i pracę z energią, połączenie z Rodem, Ziemią, Słońcem, Żywiołami itp. doświadczamy swego ciała, łona, serca, oczyszczamy energię seksualną z piramidy pożądań itd itd…… Link do Szkoły: https://metamorphosis.gs/zostan-instruktorka/

  • Nowe doświadczanie seksualności

    Nowe doświadczanie seksualności

    Najbardziej cieszy, jak kobiety po warsztatach piszą takie świadectwa. Na tym warsztacie powstała też pieśń do mężczyzny oddająca mu jego czyn. Przepięknie się dzieje dla kobiet i ziemi. Wykonanie pieśni za zgodą autorki tekstu i melodii załączę w komentarzu.

    Najpierw świadectwo Mirki:
    “Chciałam się z Wami podzielić wczorajszym doświadczeniem … bo jestem zagubiona … ale szczęśliwa …
    Spędziliśmy wczoraj z mężem wspólnie czas w uważności dla siebie, w bliskości, ale bez zbliżenia tj. beż połączenia. Długo masowałam ciało męża i cały czas śpiewałam mu pieśń.
    Po kolacji, przed zaśnięciem, też mu śpiewałam, pytając czy tego chce? Czy potrzebuje się rozładować, swoje napięcie? Czy potrzebuje seksu nr 1?
    Nie potrzebowaliśmy. Odpowiedział, że czuje Spokój. Nie ma w sobie napięcia. Ja czułam się szczęśliwa i również spokojna.
    Kochane kobiety. Czy to o to chodzi? ♡” Mirka

    Przepiękne przeżycie seksu w innej odsłonie. Na warsztatach otwieramy się na inną seksualność, nie taką jak znamy od zawsze, nazwaną przez mojego nauczyciela Luczisa seksem nr 1, a na seks nr 2, czyli ten, który ma nas nasycić, napełnić i wykreować, dosłownie stworzyć nas i nasze życie na nowo. Zwykły reprodukcyjny i napięciowy wymiar seksu powoduje utratę. Potężna ilość energii od kobiety i mężczyzny przeznaczona na stworzenie dziecka traci się, jeśli dziecko nie zostanie stworzone. A przecież ile razy w życiu tworzymy dziecko. Co z tymi pozostałymi razami i energią?

    Mirka przepięknie weszła w przeżywanie połączenia z mężczyzną na innym poziomie, nie reprodukcyjno-genitalno-napięciowym. Potrzebna jest do tego uważność, którą mu dała, ale też rozpoznanie potrzeb mężczyzny wraz z totalną akceptacją wszystkiego, co się wydarzy, bez oczekiwań na rezultaty. Weszła w inną przestrzeń relacji seksualnej, dlatego tak pięknie się skończyła, nasycając obydwoje spokojem i radością. Czas, powolne ruchy, subtelność, bez agresywnych, napięciowo-emocjonalnych ruchów – od tego warto zacząć, żeby posmakować i poczuć trochę inaczej, a nawet zupełnie inaczej naszą seksualność.

    Bardzo ważne jest zdanie: “Czy potrzebuje się rozładować, swoje napięcie? Czy potrzebuje seksu nr 1?” Otwarcie się na jego potrzeby, bez narzucania, że mój sposób na połączenie, wymianę jest lepszy, spowodowało właśnie totalne przejście z seksu nr 1 na seks nr 2. Bez celu, bez pożądań ego, jedynie służba dla drugiego człowieka. Oprócz tego oczywiście też uważność, bycie w tu i teraz, bez oczekiwań, rezultatów, zafiksowania na przyjemności. Obdarowanie mężczyzny sobą, swoim czasem, dotykiem, uważnością to jest właśnie to. I tego właśnie uczymy się doświadczać na warsztatach zaawansowanych z tantrą i gimnastyką słowiańską.

    A teraz czas na pieśń.
    Twórczyni tekstu i melodii: Wanda Banat, wykonanie: Wanda Banat i Irena Inka.

    Wanda pisze, że można by stworzyć mantrę dla mężczyzn, gdyby ktoś chciał stworzyć do tego melodię, ale mi się ta melodia wykonana przez autorkę akurat podoba i jest już mantrą. Gdyby któraś z Was miała jakiś pomysł na inną melodię, to podzielcie się proszę.

    “Oddaję Ci Twój czyn
    Oddaję Ci Twoje działanie
    Otwieram się na świat
    Na cudów przyjmowanie

    Oddaję Ci Twój czyn
    Oddaję Ci Twoje działanie
    Proszę przyjmij mnie
    I moje ukochanie

    Oddaję Ci Twój czyn
    Oddaję Ci Twoje działanie
    Oddaję Ci Twą moc
    Z miłością ją oddaję
    Oddaję Ci Twą moc
    Z miłości ją oddaję

    Oddaję Ci Twój czyn
    Oddaję Ci Twoje działanie
    Proszę przyjmij je
    I otwórz serce na nie

    Oddaję Ci Twój czyn
    Oddaję Ci Twoje działanie
    Pokłon składam Ci
    Otwieram swe serce na nie.

    Oddaje Ci Twój czyn
    Oddaje Ci Twoje działanie
    Z miłością proszę weź
    Odpowiedzialność za nie.”

    Niechaj się dzieje najpiękniej dla kobiet, mężczyzn i ziemi, Gosia ❤

    wykonania Wanda Banat:

  • PRZEJEDZONE i wciąż głodne

    PRZEJEDZONE i wciąż głodne

    Pragnienia, pożądania, żądze, wszystko, co składa się na piramidę pożądań oznacza ciągły niedosyt i w konsekwencji frustrację, złość, smutek, żal, nienawiść i ciągły narastający GŁÓD – nie do zaspokojenia itd. Co prawda niedosyt w seksie nr 2 jest ważny, żeby nie dopuszczać do przesycenia i w konsekwencji do odrzucenia. Ale w tym akurat niedosycie chodzi o orgazm genitalny, bo z reguły inny występuje rzadko. W głębszym przeżyciu, czyli na poziomie energii i duchowym nie ma mowy o niedosycie, bo tam jest całkowite nasycenie i wypełnienie się wzajemne przez kobietę i mężczyznę i/lub inne istoty, żywioły itp.

    Żeby zaspokajać ten głód wymyślamy przeróżne sposoby. Jedzonko, wakacje, zakupki, papieroski, drineczki itp. Nie wiem jak Wy, ale ja mam już tego po dziurki w nosie. Czuję, że te przejadanie nie daje żadnych rezultatów, mało tego mój organizm odrzuca już czekoladkę, kawusię – to moje zaspokajacze były akurat w ostatnim czasie. Kiedyś zakupy, sukcesy, pieniądze, podróże a w niedawnej przeszłości rozwój osobisty, duchowy. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile nie jest to w zastępstwie i daje chwilowe, urojone zaspokojenie. Jest cienka granica – jak we wszystkim – pomiędzy delektowaniem się życiem i bycie w nim a zaspokajaniem swoich tęsknot, niedoskonałości poprzez tak zwane życie. I w tym nie byłoby nic złego, gdyby nie to, że to kurwa nigdy nie da zaspokojenia. Może tylko doprowadzić do zrujnowania finansowego, zdrowotnego, energetycznego i innego, na każdym poziomie. A GŁÓD wciąż i wciąż będzie.

    Temat jest tak szeroki i głęboki, że zaledwie liznęłam go, ale wrócę do tematu seksualności, bo właśnie natknęłam się na opis jednego z badaczy podróży poza ciałem Roberta Monroe i chciałam Wam tutaj zacytować.

    “Stworzenia, którym się przyglądałem, nie były dżdżownicami – to byli ludzie! Po drugie, to skupisko kłębiących się istot wydzielało z siebie nieprawdopodobne, przyprawiające o zawrót głowy emanacje seksu, zarówno kobiecego, jak i męskiego. Po trzecie, oni wszyscy byli martwi pod względem fizycznym. Chciałem się odwrócić i uciec, ale druga część mego “ja” zatrzymała mnie na miejscu.
    … Byłem silnie przeświadczony o tym, że znów kiedyś powróci, ale wiedziałem, że już nigdy nie zawładnie (chodzi o energię seksualną) bez reszty moimi myślami czy postępowaniem. Kiedy poczułem w sobie ten przebłysk wiedzy, ogarnęła mnie jeszcze jedna emocja – głębokie współczucie dla tych istot uwięzionych w falującym kłębowisku, tak pochłoniętych poszukiwaniem przyjemności seksualnej, że nie zdawały sobie sprawy, iż można żyć w inny sposób, oraz gniew na system, który może tak zahamować, stłumić i wykoślawić, że aż doprowadzi do sytuacji, jaką miałem przed sobą. Czy te istoty pozbawiono szans rozwoju i skazano na pozostanie tutaj całą wieczność?”

    Potem jeszcze jest cały opis jak wyciągnął stamtąd mężczyznę i próbował do niego mówić, a on nie mogąc wyjść z tego kłębowiska opętano-szaleńczej energii, nawet go nie mógł dostrzec ani usłyszeć. Jego cała świadomość i uwaga były skupione tylko na tym, jak tu z powrotem tam wskoczyć.

    Zapraszam kochane kobiety na najbliższy warsztat podstawowy i ostatni w tym roku z gimnastyką słowiańską, mięśniami dna miednicy, oddechem i elementami tantry – 19-21 maja w Karczmisku na Podlasiu. Jeszcze jest kilka miejsc. Tutaj szczegóły: https://sklep.metamorphosis.gs/…/warsztat-podstawowy19…/

    Dlaczego gimnastyka słowiańska?

    Bo osadza mnie w tu i teraz. Spowalnia. Daje miejsce na pomyślenie, zatrzymanie się, poczucie. Poczucie tego, co istotne dla mnie. A mięśnie dan miednicy i poczucie ich podczas gimnastyki daje mi możliwość BYCIA W SOBIE, w MOCY ŚRODKA. Na życie fizyczne przekłada się to w dobrych nawykach posturalnych, mocnej i stabilnej sylwetce, zdrowym kręgosłupie, biodrach, nogach, mocnym gorsecie, który utrzymuje ciało, nie obciążając jego poszczególnych części, jak kręgosłup lędźwiowy, krzyżowy, kolana itd., które potem stają się napięte i bolą.

    A na poziomach subtelnych dają poczucie wartości, poczucie tego, co jest ważne, odwagę do stawanie przy sobie, odwagę do życia po swojemu, a nie tak jak chcą inni czy system. Ale też mądrość i możliwość postrzegania systemu i innych jako życia po prostu, a nie jakiś winowajców, a mnie w tym jako ofiary.

    No i wreszcie otwiera na oczyszczenie łona kobiety, oczyszczenie energii seksualnej i spojrzenie na nią z innej szerszej perspektywy, aniżeli czysto genitalny i cielesny seks. Czasem najpierw poprzez stanięcie twarzą w twarz ze wszystkimi największymi i najciemniejszymi cieniami i demonami. Ale warto. Ja przez to przeszłam i wiem, że warto.

    Jest to tylko jeden z wariantów i scenariuszy teatru, który tu odgrywamy, ale jak chcecie się tak pobawić, to serdecznie Was zapraszam do swojej piaskownicy w ten piękny majowy weekend 🙂

    Pozdrawiam, Gosia ❤

  • Wygłodzona dusza kobiety (3 części)

    Wygłodzona dusza kobiety (3 części)

    Część  I

    Dziś rozpoczynam rozważania na temat GŁODU KOBIECEJ DUSZY. Na podstawie bajki. Ostatnio mam fazę na baśnie, bajki, legendy, stare opowieści. Odkąd zorientowałam się, jak ogromna wiedza ukryta jest w baśniach, mitach i starych przekazach, zaczęłam się im mocno przyglądać, analizować ich przekazy. Są niebywałe.

    Przez większość swojego życia lubiłam opierać się na tym, co oczywiste, przekazane wprost i logiczne. Zawsze lubiłam mieć oparcie w logice. Dosłowne, takie niedwuznaczne, konkretne przekazy bardzo ceniłam. 

    Teraz wiem, że w takiej formie komunikacji jest bardzo mało treści. Treści ważne i cenne nie są komunikowane dosłownie i w sposób oczywisty i jasny. Dowodzi temu poezja, wszelaka sztuka, od malarstwa, poprzez metaforyczne pisarstwo, taniec, muzykę aż do na przykład przekazów, zachowań ludzi uważanych za innych, czasami “chorych psychicznie”. Tam jest największe bogactwo przekazu, wiedzy i prawdy. 

    Na początek polecam zapoznanie się z bajką o czerwonych trzewiczkach, w wersji węgiersko-niemieckiej. 

    Ciąg dalszy rozważań i analizy bajki nastąpi wkrótce. Śledźcie moją stronę, jeśli chcecie się przyłączyć  :-). 

    Jeśli ktoś z Was chciałby się podzielić refleksją na temat bajki, zapraszam do opisania tego w komentarzu.

    BAŚŃ CZERWONE TRZEWICZKI

    Znana pod różnymi nazwami, min. Diabelskie pantofelki do tańca, Rozpalone diabelskie trzewiki.

    Była raz sobie biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

    Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

    Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie – one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi bucikami.

    Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalna parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące wkładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

    Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatrywali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

    Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach. 

    – Nigdy, nigdy ich już nie wkładaj! – ostrzegła.

    Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

    W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały. 

    – Trzymajcie się dobrze w tańcu! – uśmiechnął się i mrugnął do niej.

    W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona – były tak jasne jak maliny, jak owoce granatu – nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

    Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

    – Jakie piękne balowe pantofelki!

    Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

    Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok – przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

    W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

    Niedługo potem opatrzność zrządziła , że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

    W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

    A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

    – Oho – powiedział – jakie piękne balowe pantofelki.

    Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

    I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła, bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

    Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

    – Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, którzy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

    Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone trzewiki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczerpana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

    Kacie, kacie, wyjdź – prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. – Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! – I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic niewarte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

    Część II 

    Zaryzykuję stwierdzenie, że każda kobieta, która żyje we współczesnej rzeczywistości ma syndrom wygłodzonej duszy. 

    Dlaczego mamy ten syndrom? Z jakiego powodu nasza dusza wygłodniała? 

    oKażda mała dziewczynka rodzi się z ogromnym potencjałem. Potencjałem i mocą kobiety Wiedźmy – tej, która Wie i która ma połączenie ze Źródłem. Jej dusza jest bogata, spełniona, piękna i radosna. Jest w Tu i Teraz. Odczuwa bez strachu ocenienia. Zachowuje się, tańczy i śpiewa z autentyczną radością i spontanicznością. Mówi, co czuje itp itd … aż do momentu, kiedy to po raz pierwszy zostaje skarcona za takie właśnie zachowanie. Potem kolejny i kolejny i kolejny. Masz być grzeczna. Zachowuj się należycie. Nie biegaj. Nie skacz. Nie śmiej się za głośno. Nie płacz. To nie wypada. Nie wychylaj się. Nie wychodź przed szereg. Bądź taka, jak inni. Taka, jak ówczesne stereotypy i normy wymagają….. I tak bez końca. Ładnie nazywa się to udomowieniem. Ja nazywam to tresurą. 

    Powoduje to, że kobiety przestają czuć SIEBIE. Przestają być SOBĄ. Kontakt z Duszą jest coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu dusza odchodzi. Czasami bardzo daleko. Potem trudno ją odszukać i ponownie się z nią skontaktować. I zaczynają czuć głód. Głód duszy. 

    Odebranie duszy kobiecie rodzi konsekwencje. Są to czasem bardzo mocne i trudne do zniesienia konsekwencje. Miota się taka kobieta złapana w sidła niewoli. Dziewczynce zabrano jej szyte ręcznie czerwone trzewiczki, a potem, zwykle już jako dorosła kobieta, znajduje piękne czerwone lakierki – niestety zdradliwe. I o tym w następnym poście.

    Część III

    Wciąż powracam i powracam do bajki Czerwone trzewiczki. Bardzo żywy temat we mnie. Wszak to co w nas żywe, co nas porusza, to aktualny temat doskonały do przerobienia w danej chwili. 

    Teraz. 

    Nie zwlekam więc. 

    Przerabiam.

    Głód kobiecej duszy to temat współczesnej kobiety – tak myślę, dlatego dzielę się nim z Wami Kobietami pastedGraphic.png<3.

    Kobieta usiłuje ukryć głód, zachowuje pozory, często udaje, nie chce czuć swojego wewnętrznego ognia, który zamiast zasilać trawi wnętrzności.

    Ogień spełnienia

    Ogień życia 

    Ogień jej MOCY i PRAWDY

    Zgoda na to, co bezduszne, wypaczone i szkodliwe osłabia.

    Odwaga i stanięcie w autentyczności i odczuwaniu PRAWDZIWEJ SIEBIE 

    w połączeniu ze Źródłem i Miłością daje 

    MOC 💖

    “Stoję w kręgu 

    w martwym mieście 

    i zawiązuję czerwone trzewiczki… 

    Nie są moje. 

    To buty mojej matki. 

    Wcześniej należały do jej matki. 

    Przekazywane z rąk do rąk jak posąg, 

    ale ukrywane jak wstydliwe listy. 

    Dom i ulica skąd pochodzą 

    są ukryte i wszystkie kobiety też 

    są ukryte…”

    Anne Sexton

    Dzięki odkrywaniu SIEBIE, swoich pragnień docieram do Kobiety Mocy, do Kobiety Dzikiej, nieodgadnionej, nieprzeniknionej, nieustraszonej, ale też tej harmonijnej i pełnej coraz większego spokoju i ufności. 

    Czuję, jak odzyskuję swoją ENERGIĘ, jak uwalniają się blokujące mnie “negatywne” energie płynące z rodu (czyli zatrzymane, nieprzeżyte i nieuwolnione emocje rodowe) i jednocześnie zasilają i wspierają te pozytywne energie rodowe.

    W następnym odcinku opiszę niedawną sytuację, która mnie spotkała, a która pięknie obrazuje jak zapisuje się w pamięci komórkowej, obciąża nas i zatrzymuje “negatywna” energia rodowa. 

    🌺Pozdrawiam Was, Małgosia