TAK dla wojny

Tak wiem, że tytuł jest kontrowersyjny, ale dzisiaj już jesteśmy gotowi na prawdziwą pracę, a nie tam takie pitu pitu. Zainspirował mnie tekst jednej ze znajomych, która napisała “NIE dla wojny”. A zdjęcie moje oryginalne z warsztatów u Mario Wisniewski przed rytuałem konfrontacji Anioła i Demona we mnie. Nawet śmiem stwierdzić, że lepsza jestem od Awatarki w wymowie tak zwanego “zła”.

Póki nie zaakceptujemy wojny w sobie, swojego cienia, dopóty świat zewnętrzny będzie nam go pokazywał. Nic innego na świecie nie dzieje się poza tym, co prezentujemy w swoich wnętrzach. Jako w niebie taki na ziemi – czyli jakie wnętrze takie zewnętrze.

To jest naprawdę mega ważny i trudnych dla wielu czas ZAAKCEPTOWNIA swojego cienia i wojny, którą na wciąż toczymy w sobie. Bez tego nie pójdziemy dalej.

Czytałam opinie niektórych z Was o filmie Avatar, że taka wojna tam, że tak źle w ciele się robiło i że chciało się wyjść z kina itp. A czemu źle w ciele się robiło i chciało się wyjść? Bo poruszyło głęboko schowaną wojnę wewnętrzną oraz cień i niekomfortowo się robi wtedy. Wiem. I chce się wyjść i uciec. A najlepiej przyodziać się w białe i puchate i zachowywać pozory wobec siebie i świata. Pewnie. Można malować Anioły, piękno tego świata, być w tak zwanym rozwoju duchowym, nie jeść mięsa, ale to wszystko ułuda, po to, żeby nie widzieć, nie konfrontować się z cieniem i walką. Wiem to z autopsji, ostatnio u terapeuty jak gadaliśmy i on coś powiedział, żeby walczyć o siebie, a ja na to: ja wolę robić z potrzeby, a nie z walki i za chwilę rozmowa potoczyła się tak, że uświadomiłam sobie, że walka jest we mnie nadal. I tak zaczęłam się śmiać z siebie, że już taka niby mądra i tyle pracuję z cieniem, a nadal mam to w sobie. Ale najważniejsze, że nie byłam tego do końca świadoma, a wydawało mi się, że jestem. Kobiety będące u mnie w szkole na warsztatach wiedzą jak dużo uwagi poświęcam na wyłonienie cienia na zewnątrz, skonfrontowanie się z nim i ukochanie, przytulenie, przyjęcie, a mimo wszystko jeszcze nadal nie do końca wszystko miałam uświadomione. To znaczy teraz po rozmowie u terapeuty już WIEM, ukazało mi się, za co bardzo dziękuję Rodowi, bo modlę się codziennie i dziękuję za mądrość.
Na Avatarze akurat osobiście weszłam tak mocno w żywioł wody, że przez cały film i po nim aż do następnego dnia byłam w tej miękkości i lekkości ciała, w płynności i harmonii. Czułam jakby moje ciało rozpłynęło się w przestrzeni, przestało ważyć – dokładnie tak samo jak po rytuałach tantrycznych. A wojna tam po prostu sobie była i tyle. Skoro JEST TO JEST. I to właśnie jest prawdziwa akceptacja życia, wszystkiego, co nas spotyka. Wtedy nie musimy sztucznie wytwarzać “dobra”, dogadzać sobie na różne sposoby, a jesteśmy mistrzami w tym. Dzisiejsza forma świata bardzo nam to ułatwia zresztą: wycieczki, zakupeczki, sreczki itp. Oczywiście to wszystko może być, nie odczytujcie zero-jedynkowo, ale pod warunkiem, że nie jest to w zastępstwie jako substytut albo zapominajka czegoś, czego nie chcemy czuć lub widzieć.

Niektórzy też czepiają się jakiś walk w kosmosie i tam idzie ich świadomość, zobaczcie jak daleko muszą wędrować, żeby nie być przy swojej walce i zapomnieć o niej. To tak zwane przeniesienie w psychologii. A nasza droga życia jest dokładnie kilka metrów obok nas a nie gdzieś w kosmosie albo na Ukrainie. I naprawdę nie trzeba daleko szukać. Nawet nie należy, jeśli chcemy mieć moc i zdrowie.

NA ŚWIECIE JEST DOKŁADNIE TYLE SMO DOBRA CO I ZŁA.
Niedawno słyszałam w filmie, że dobra jest więcej niż zła na świecie. To ułuda. Chcielibyśmy, żeby tak było, bo nie chcemy zaakceptować zła. I łapiemy się tych chwil, kiedy dobro “zwycięży”.

Mamy dualny świat. Na razie tak jest i będzie, więc dlatego dobra jest dokładnie tyle samo co niezaakceptowanego zła. Gdyby 100% ludzi dzisiaj nagle przyjęło 100% cienia/zła w sobie, to zniknęło by całe dobro, ale wtedy świat pewnie nie mógłby istnieć. Zresztą jesteśmy tutaj po to, aby wytwarzać energię (a pięknie i duuużeee ilości wytwarzamy jej walcząc, emocjonując się, oceniając, wypierając itp.), taka fabryka energii – niektórzy nazywają. “Ktoś” “Gdzieś” tak to wszystko zaprojektował. Więc pewnie to się nie zdarzy, bo świat by zniknął, a może się wydarzy i świat się po prostu jakoś przetransformuje. Na razie jednak nam to nie grozi, bo dużo ludzi ma problem ze swoim cieniem i walką dobra ze złem w sobie. Czepia się wtedy walki na zewnątrz, ocenia ją, żeby odwrócić uwagę od siebie. Ale takim sposobem jedynie zaostrzamy swój stan i pogłębiamy problem.

Dlatego mówię TAK wojnie, żeby już więcej nie musiała się ukazywać na zewnątrz i wołać: zobacz mnie, tutaj jestem! Tak wojna jest we mnie. Cień jest we mnie. Niedawno przyjęłam i ukochałam instynkt mordercy w sobie. I ponieważ moja świadomość pewnie by sobie nie poradziła z tym na jawie, więc zostało mi to dane we śnie. Widziałam mordercę, widziałam jego oczy wpatrzone w moje. Jak się obudziłam od razu wiedziałam, że to cząstka mojej duszy patrzy na mnie.

Także życzę nam wszystkim odwagi do konfrontacji z cieniem i tak zwanym “złem. I nie jedzenie mięsa nic Ci nie pomoże, szczególnie jeśli nie jesz go dlatego, żeby nie zabijać, bo taka puchata i biała jesteś. Jest prawo życia i śmierci i niejedzenie mięsa z powodu śmierci/cierpienia, jest jednym z “najgorszych” argumentów. Nie działa, mało tego próbuje zaprzeczyć prawu natury, czyli zaprzeczamy samym sobie tak naprawdę.

Pozdrawiam i ukochuję dziś mój CIEŃ, aby równowaga nastała we mnie, oj aż łezka mi się zakręciła z wdzięczności, Gosia

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *